piątek, 11 października 2013

HAUST




Złuszczenie obrazów

Polaroidowe powidoki jako organ krytyki. Pod jej naporem nie może ostać się wyobrażenie miasta jako przestrzeni dobrze oswojonej. Trwałość architektury okazuje się fantasmagorią. Exodus mieszkańców już się kiedyś dokonał, odeszli stąd dawno – dziwnie cicho i całkiem niespostrzeżenie. Miasto inscenizuje powtórnie sceny banicji we własnej pustce, rozrzedzeniu i pustynnieniu. Demontaż kolejnych warstw scenografii – gest, który obala wizję miasta jako miejsca szczególnego i wydzielonego. „Miejskie powietrze czyni wolnym” – to jego haust.
Pustka, która doprasza się o mitologię, błaga o dopełnienie prowizorycznym znaczeniem. Stosowniejszego wzoru, niż parabola o Synu Marnotrawnym z jej wdzięcznym, pastoralnym sztafażem, może nam w tym przypadku dostarczyć nostos Odyseusza. Mit o błądzeniu dałoby się odczytać jako narrację o dobrowolnym odroczeniu dnia powrotu, aż do chwili, w której dokona się on wbrew naszej woli - podczas znużenia, sennego letargu w kołyszącej się łodzi. Odys – który dla ocalenia życia przyjął imię Nikt - dociera do domu nierozpoznany. Wita go skowyczący pies, czuwający co noc na usypisku  obrazów-miraży.
Idea powrotu do domu (czytaj także: znaczenia, pełni obecności) staje się problematyczna od chwili, w której miejsce powrotu ukazuje się powracającemu jako fata morgana. Sezonowo wybuchająca i znikająca niczym orientalny bazar, rozpełzająca się w labiryncie naprędce pomalowanych kartonów, reklam, odrapanych budek. Miasto niczym nowoczesna poczekalnia dworcowa, oferująca nam jedynie przestrzeń doraźnego pobytu – nam, wyjeżdżającym lub uciekającym. Wizerunek tego prowizorycznego locus, tymczasowej faktorii, obozowiska nomadów, zakrzepł dawno w topografii podwórek przylegających ukośnymi pasami do niepewnych własnej wielkomiejskości ulic. W centrum tego dziwnego miasta leży ulica, która rozciąga się jak okno wystawowe na smutek peryferiów i slumsów – gdzie indziej starannie maskowanych. Zaglądając w to okno widzę kolejne kamienice z szramami po balkonach, zatopione w asfalcie, samotne jak Hopperowskie bary i stacje benzynowe.
Ulice pustynnieją, zachęcają by przeciąć miasto na pół i zaraz z niego wybiec ku kolejnym mirażom galerii, nie skręcając w ciągi poprzeczne, z których każdy mógłby skończyć się – na przedłużeniu linii perspektywicznych – w przestrzeni wabiącego nas reklamowego obrazu. Miasto jako ciągła wyprzedaż, groza soczystego koloru, iluzyjny makijaż nałożony na płaszczyzny łuszczących się tynków.
Może warto jednak w tej wędrówce zawrócić, delektując się tym, jak ta pozbawiona substancji przestrzeń kondensuje się i rozrzedza, stając się zmiennym kalejdoskopem nie-miejsc, palimpsestowych komunikatów, ulotnych wedut, porozdzielanych arteriami o nieznanej funkcji, zdatnymi do błądzenia i otwartymi na ruch nie zorganizowany wokół symbolicznego centrum. Rozbiciu przestrzennemu odpowiada spojrzenie patrzącego o rozmytej tożsamości, dla którego własne istnienie oraz istnienie takiego oto świata wydają się być konsekwencją przygodnych okoliczności, niewartych głębszej egzegezy. A może to sceptyczne „ja” jest właśnie emanacją procesu złuszczania się znaków, wyzierania spod nich obszaru bez nazwy? Jak pisał Siegfried Kracauer:
Dla tego, kto zmuszony jest opuścić dom (…) wszelkie zobowiązania, oczekiwania oraz aspiracje, które stanowiły znaczną część jego życia, zostają automatycznie odcięte od korzeni. Historia jego życia zostaje rozerwana, a „naturalne” ja oddalone w głąb umysłu. Konieczność sprostania wymaganiom obcego środowiska nie pozostaje bez wpływu na mentalną strukturę, ponieważ owo „ja”, którym był, skryło się pod maską osoby, którą ma się on teraz stać. Jego tożsamość pozostaje płynna i wszystko wskazuje na to, że nigdy nie będzie należał on w pełni do społeczności, do której w pewien sposób przynależy (…). Gdzie zatem teraz żyje? W pewnej próżni eksterytorialności,  na ziemi niczyjej.

Owo piętno wygnania  i płynności struktury własnej tożsamości, którą reprezentują te obrazy, odzywa się raz jeszcze echem po stronie miejskiej natury - doświadczanej jako obca i stworzona przez obcych. Zagadką jest to, że ta obcość to jednak nic innego jak nasza „swojskość”. Cmentarzysko rzeczy martwych, wyobcowanych, których nie potrafimy, mimo wszelkich  starań,  ożywić. Wszystkie one jawią się w dniu powrotu – w ulotnej polariodowej reminiscencji – niczym geologiczne osady, które dawno utraciły wieź z wyjaśniającym ich istnienie kontekstem. Dzieje się z nimi to, co z porzuconą w szafie „suknią babci”, która, gdy „traci swój związek z teraźniejszością, przestaje być zabawna, staje się niezwykła niczym oceaniczna ośmiornica.” Tej utraty i krzepnięcia znaczenia w materię bez znaczenia nie można wszakże powstrzymać...  Polariodowe obrazy to zielnik gromadzący bujne wykwity owej miejskiej alienacji.
Rozerwana sieć znaczeń przekształca rzeczy najzwyklejsze w to, co obce, o co się potykamy. To, co odrzucone i zapomniane było bowiem, jak pisał Freud, kiedyś bliskie i najbardziej własne – un-heimlich, oto dlaczego budzi dziś trwogę. Czy mówiąc o obcości miasta nie odsyłam tej obcości stale na zewnątrz? Odrzucając ją i odmawiając z nią pojednania, nie powołuję jej do istnienia wciąż na nowo? Ta obcość wnika jak plama silnikowego oleju w sfragmentaryzowaną tkankę miasta, jest tutaj u siebie – jest w nim zadomowiona. U siebie są także wszyscy oczekujący, pędzący nomadyczny żywot w poczekalni Miasta, w pustynniejącej przestrzeni tranzytu ku niezrealizowanym  życiowym możliwościom. Patrząc na te fotografie myślę, że Kracauer miał całkowitą rację widząc w nowoczesnym, stygnącym po woli mieście, najwyższą formę wyrazu dla doświadczenia przemijania – nasz własny szyfr „transcendentalnej bezdomności”.Tomasz Majewski


Brak komentarzy: